Prawie zawsze chciałem mieć psa. Piszę "prawie",
bo niewiele pamiętam z czasów, gdy skończyłem - powiedzmy - półtora roku i jest
całkiem możliwe, że jako osesek, bobas czy inna odmiana bardzo młodego
człowieka nie marzyłem o posiadaniu zwierzęcia najbardziej ukochanego i
szanowanego przez ludzi z naszego kręgu kulturowego. Wiem na pewno, że od kiedy
zacząłem w miarę świadomie myśleć, pragnąłem mieszkać pod jednym dachem z psem.
Pragnienie owo po raz pierwszy wyraziłem wyraźnie i bardzo
głośno, popierając komunikat darciem gęby i potokami łez, już jako kilklulatek.
Moi rodzice niezbyt byli zachwyceni tym konkretnie życzeniem jedynaka, bo
mieszkaliśmy wtedy w niewielkiej kawalerce, lecz zmienili zdanie, gdy ukochany
synuś zaczął bez powodu co noc gorączkować i bełkotać przez sen o wymarzonym
psiaku. Zgodzili się wziąć psa, lecz niezamierzenie popełnili błąd: pojechali
do schroniska i trochę pochopnie uchronili przed kiepskim losem niemłodą,
kudłatą, małą bestię, zachwalaną im przez pracownika przytuliska. Pomaganie
bezdomnym kundelkom uważam za słuszny przejaw człowieczeństwa, szkopuł jednak w
tym, że mój nowy czworonożny przyjaciel wcale nie chciał się ze mną przyjaźnić,
albowiem, oprócz licznych zalet, miał jedną istotną wadę: nie lubił dzieci.
Moim biednym rodzicom nie przyszło do głowy, żeby zapytać pracownika schroniska
o stosunek potencjalnego nowego członka rodziny do małych dzieci, pracownik zaś
sam z siebie nie wspomniał o preferencjach rudego kudłacza, noszącego mało
szlacheckie imię Bobik. No i tak oto na kilka ładnych lat wakat psa w moim
życiu zajął Bobik, który nie chciał się ze mną bawić, nie miał ochoty być
przeze mnie głaskany i, co oczywiste, nie znosił noszenia na rękach,
tarmoszenia za długą sierść czy pociągania za ogon. Tolerował mnie tylko jako
obciążnik na drugim końcu smyczy, stanowiący gwarancję spaceru po podwórku
przed blokiem. Fakt faktem gorączkować po nocach przestałem, lecz także
straciłem nadzieję na przeżycie wielkiej filmowej miłości, jaka raz na tysiąc
lat rodzi się między człowiekiem i dziką, futrzatą bestią.
Po niefortunnym pierwszym bliskim kontakcie z psowatymi na
długi czas zapomniałem o tym, jak wspaniałe są to zwierzęta. W naszej rodzinie
pojawiały się koty, z psami zaś miewałem kontakt tylko przypadkowy i rzadki.
Lubiłem psiaki, zawsze się z obcymi małymi i dużymi bestiami dobrze
dogadywałem, ale nie czułem już pragnienia, by samemu mieć psa. Sytuacja się
zmieniła, gdy poszedłem na studia. Los chciał, że w moim bliskim otoczeniu
pojawiło się kilku dumnych przedstawicieli psiego rodu. Dziecięce marzenia
odżyły, na początku kiełkowały nieśmiało, ale z biegiem lat stały się
intensywne jak wtedy, gdy byłem bardzo małym człowiekiem. Znów zacząłem jęczeć
i stękać, że chciałbym wziąć sobie psa, tym razem jednak głowę suszyłem nie
rodzicom, lecz żonie. Z natury jestem chyba malkontentem, więc jako człek,
który próbuje być dorosły i odpowiedzialny, tłumaczyłem sobie, że pies to
obowiązek, wydatki, czasami może i kłopot. Tu do zdecydowanego natarcia
przeszła moja niezastąpiona małżonka. Zaczęła rozwiewać wątpliwości, zbijać
argumenty przeciwko wzięciu psa, przekonywać i namawiać, żebym wreszcie
przestał miauczeć i załatwił sobie upragnione psisko. Próbowałem jeszcze
stawiać opór, twierdząc, że od dawna marzy mi się husky, któremu nie zdołam
zapewnić odpowiedniej ilości ruchu ani znośnych warunków do życia. Wtedy ta
"zła" kobieta czynu zasiadła do komputera, pogrzebała w sieci i
bardzo zadowolona z siebie pokazała mi zdjęcia psów rasy akita. "A taki ci
się nie podoba?", spytała, doskonale wiedząc, że już po obejrzeniu
pierwszej fotki przegrałem z kretesem.

0 komentarze:
Prześlij komentarz
Skomentuj