Każdy, kto kiedykolwiek brał sobie pod dach małe zwierzę,
wie, że pierwsze noce to nie przelewki. No, właśnie, czy aby każdy? Właściciel
hodowli, z której przywieźliśmy Yoshiego, uczciwie uprzedzał nas, że i daleka
podróż (prawie 200 km), i pierwsze dni (a przede wszystkim noce!) będą stanowić
prawdziwe wyzwanie. Starał się przygotować nas najlepiej, jak potrafił na
skomlenie, zawodzenie za mamą, drapanie, innymi słowy na każdą możliwą formę
nocnej rozpaczy. Uprzedzał też, że pieska nie należy wtedy pocieszać (niby
wiedzieliśmy to wcześniej, ale akurat takich napomnień nigdy zbyt wiele), żeby
nie wyrobić w nim przekonania, że za rozpacz jest nagradzany pieszczotami.
Jednocześnie starał się możliwie złagodzić skutki wywiezienia pieska ze znanego
mu otoczenia – spędził z nami przynajmniej pół godziny przy samochodzie, w
czasie gdy mały Yoshi (no, wtedy jeszcze nie Yoshi, bo imię uzgodniliśmy
dopiero w drodze powrotnej) pilnie obwąchiwał przód i tył samochodu, niezdarnie
przebierając graślatymi łapkami i z mozołem pokonując przeszkody, których dla
małego psiaka w aucie osobowym jest po prostu mnóstwo. Ostatecznie jednak nie
było wyjścia – jeśli mieliśmy dotrzeć do domu w rozsądnym czasie, musieliśmy
ruszać.
I tu Pan Mistrz zaskoczył nas po raz pierwszy. W samochodzie
pisnął dosłownie raz, po czym nasiusiał bardzo kulturalnie na gumowy dywanik.
Ponieważ nie wyjechaliśmy jeszcze na drogę szybkiego ruchu, natychmiast
zjechaliśmy na pobocze i uprzątnęliśmy ślady niedużego nieszczęścia (niedużego,
bo piesek mały, to pęcherz niewielki). Potem Pan Mistrz kręcił się trochę po
tylnym siedzeniu, starając się zwalczyć zdradliwą siłę bezwładności, lecz w
końcu musiał uznać jej wyższość nad własnymi możliwościami zapierania się
łapkami. Skapitulowawszy, przeniósł się piętro niżej, na wycieraczkę, gdzie,
jak się okazało, przemyślni ludzie projektujący samochody przewidzieli
mini-kojec, taki w sam raz na małego pieska. Tam można było położyć się i
pospać już do samego domu.
Po przyjeździe na miejsce największym problemem okazało się
przejście tych kilku kroków z parkingu do klatki schodowej, bo zaspany i lekko
jednak skołowany Yoshi zwyczajnie nie wiedział, czego oczekują od niego ci
głupi ludzie (którzy budzą psa, zamiast pozwolić mu spać!), a głupi ludzie nie
wiedzieli, czy mają psiaka nieść (a nuż się przyzwyczai i potem trzeba będzie
już tak zawsze! – mówiłam, że głupi ci ludzie...), czy może jednak zmusić do
chodzenia. Ponieważ jednak było już późno, a my rano musieliśmy wstać,
ostatecznie Yoshi został pobrany z ziemi i zaniesiony do mieszkania. Po pewnych
perturbacjach związanych z poznawaniem kota (oj, nie była nasza kotka
szczęśliwa, że przywieźliśmy nowego lokatora) i krótkiej zabawie z Pańciorkiem
– bo przecież 1.30 w nocy to najlepsza pora na zabawę – Yoshi zwinął się przy
naszym łóżku i zapadł w sen. Obudził się dopiero rano i poszedł naciurkać na
wykładzinę PCW w przedpokoju. Miło z jego strony, zważywszy, że miał do wyboru
jeszcze dywan.
Nie doświadczyliśmy żadnego piskania, płaczu ani innych
nieprzyjemności. A od rana Pan Mistrz zajął się eksplorowaniem nowego lokum, po
czym, jako że nadal obowiązywała go kwarantanna, został zawieziony na
bezpieczny teren ogródka teściów, gdzie czekał na niego Srogi Wujek Kajtuś.
![]() |
| Pies jest gotów na podbój świata... albo chociaż ogródka |

0 komentarze:
Prześlij komentarz
Skomentuj