Nadeszło lato, a wraz z nim upały - normalna rzecz. Niestety
tegoroczny lipiec nie rozpieszcza nas piękną pogodą. Dni są parne, wilgotność
powietrza wysoka, przez co spacery z Panem Miszczem stały się dla mnie
uciążliwym obowiązkiem. Zawsze uwielbiałem lato, zwykłem też twierdzić, że
urodziłem się stanowczo zbyt daleko od ciepłych południowych krajów takich jak
Włochy czy Hiszpania, teraz jednak tęsknię za znienawidzoną zimą, za
listopadowymi przechadzkami w deszczu, za przymrozkami i śniegiem, za marcowymi
wiatrami, próbującymi urwać człowiekowi głowę. Gdyby jeszcze rok temu
ktokolwiek śmiał mi zasugerować, że kiedyś będę utyskiwał na upały, wyśmiałbym
go lub znacząco popukał się w czoło. Teraz, ilekroć obficie się pocę i sapię
niczym parowóz, człapiąc noga za nogą po nadrzecznych wałach
przeciwpowodziowych albo innych łąkach, przeklinam lato, a nade wszystko
podmokły region, w którym przyszło mi żyć.
Najbardziej jednak żal mi Yoshiego. Jest to duży, silny,
młody pies, który potrzebuje spacerów, musi się wybiegać, nie może spędzać
całych dni w mieszkaniu. Przyzwyczaiłem go do codziennych długich przechadzek,
teraz zaś nasze wspólne wyjścia z domu sprawiają mu jeszcze mniej przyjemności
niż mnie. Psiak potwornie szybko się męczy, traci siły. Nie ma ochoty na zabawę
ani na intensywne bieganie. Co kilkaset metrów ciągnie do rzeki, kładzie się w
jej nurcie tuż przy brzegu i wygląda tak smętnie, że aż przykro patrzeć. Po schłodzeniu
się zwykle odzyskuje wigor, zaczyna brykać, lecz sił wystarcza mu na zaledwie
parę minut.
![]() |
| Pies z układem chłodzenia wodą |
Oczywiście bardzo szybko zrezygnowałem z wyprowadzania
Yoshiego na długie spacery w południe, ale nawet późno popołudniowe przechadzki
dają mu mocno w kość. Może powinniśmy spacerować wieczorami, lecz jak mam
wytłumaczyć Panu Miszczowi, że największy skwar powinniśmy przeczekać w
mieszkaniu? Jak powiedzieć nudzącemu się, chwilowo wypoczętemu psu, którego
dusza aż rwie się na uświęcony codziennie powtarzanym rytuałem długi spacer, że
po paruset susach będzie niemrawo ciągnął za sobą łapy i poszukiwał choćby
najmniejszej kałuży, aby móc się w niej położyć? No, nie da się, najzwyczajniej
na świecie się nie da, zatem codziennie wzdycham, patrząc w te ciemne, roześmiane
oczy, biorę z psiego pyska podawaną ochoczo smycz i bez entuzjazmu, bo wiem,
czym się to wszystko skończy, opuszczam stosunkowo chłodnie mieszkanie,
kierując się od razu nad rzekę, żeby zdechły Yoshi mógł choć odrobinę odpocząć.

0 komentarze:
Prześlij komentarz
Skomentuj